Zina: Zina i jej przyjaciółka zamieniły zwykłe spotkania w niecodzienny, prywatny klub. Na początku dołączały do nich tylko kobiety, ale pewnego dnia postanowiły zaprosić mężczyzn — z dość zabawnym „okresem próbnym”. Już pierwsze mieszane spotkanie pokazało, że ta nowa zasada zmieni ich grupę bardziej, niż się spodziewały.
„Zaraz. Gdzie mam się rozebrać?”
Mężczyzna, którego moja przyjaciółka po raz pierwszy przyprowadziła do mojego domu, znieruchomiał w korytarzu z butelką wody mineralnej w jednej ręce i torebką winogron w drugiej.
Wskazałam na wieszak i odpowiedziałam zupełnie spokojnie:
„Właśnie tutaj. Taka jest u nas zasada.”
Nazywam się Zina, mam 37 lat, a jakiś rok temu razem z przyjaciółką stworzyłyśmy mały, prywatny klub dla ludzi, którzy lubią spędzać czas bez ubrań.
Wszystko zaczęło się wyłącznie od kobiet: wspólne opalanie, wyjścia do sauny i luźne spotkania w domu.
Ale w końcu pojawiło się pytanie.
Dlaczego uznałyśmy, że mężczyźni automatycznie wszystko zepsują?
I oto przed nami stał nasz pierwszy „kandydat”.
Byłam już rozebrana, ale nagle złapałam się na tym, że denerwuję się bardziej niż on.
Czym innym było przebywanie w znajomym gronie kobiet. A czym zupełnie innym — świadome stanie zupełnie nago przed niemal obcym mężczyzną i czekanie, aż zrobi dokładnie to samo.
Spojrzał na mnie.
Potem na moją przyjaciółkę.
Potem znów na mnie.
„Poważnie?”
I właśnie wtedy zrobiłam się naprawdę ciekawa: odwróci się i wyjdzie, czy jednak zostanie?
Nasz klub powstał niemal przez przypadek.
Pewnego wieczoru wracałyśmy z przyjaciółką z sauny i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, jak absurdalne jest to, że przez dwie godziny potrafimy czuć się zupełnie swobodnie bez ubrań w towarzystwie innych, żeby potem pospiesznie owinąć się ręcznikami, jakby właśnie wydarzyło się coś zakazanego.
„Potrzebujemy własnego klubu” — powiedziała.
Roześmiałam się.
Dwa tygodnie później było nas cztery.
Na początku spotykałyśmy się latem. Wybierałyśmy ciche miejsca, przynosiłyśmy owoce, wodę, książki, koce i spędzałyśmy dzień na opalaniu.
Potem przyszła jesień i przeniosłyśmy nasze spotkania do sauny.
Zimą narodziły się spotkania domowe.
Zasadę wymyśliłam sama:
Ubrania zostają w korytarzu.
Brzmi to o wiele straszniej, niż jest w rzeczywistości.
Najzabawniejsze są zawsze pierwsze trzydzieści sekund.
Człowiek zdejmuje buty, ściąga ubranie i nagle zupełnie nie wie, co zrobić z rękami.
Potem wchodzi do kuchni, ktoś pyta: „Herbata czy kawa?” i mózg niespodziewanie przełącza się na inny tryb.
Dziesięć minut później wszyscy kłócą się o filmy.
To właśnie ten efekt uwielbiałam.
Na początku jesteś intensywnie świadoma własnego ciała. Czujesz powietrze na skórze. Policzki ci płoną. Wyobrażasz sobie, że wszyscy wokół zauważają każdy najdrobniejszy szczegół.
A potem nagle uświadamiasz sobie, że otaczają cię po prostu zwyczajni ludzie.
Jedni są szczupli. Inni bardziej miękcy. Jedni wysportowani. Niektórzy mają blizny, pieprzyki, nierówną opaleniznę czy inne zupełnie normalne cechy.
Właśnie dlatego pomysł zaproszenia mężczyzn jednocześnie nas ciekawił i niepokoił.
Co do jednego zgodziłyśmy się od razu: żadnych przypadkowych obcych.
Tylko osoby, które ktoś z naszej grupy naprawdę znał.
I ze śmiechem wymyśliłyśmy drugi warunek: mężczyzna musiał przetrwać pierwszy wieczór, nie zamieniając widoku kobiecego ciała w scenę z taniej komedii.
To był oczywiście żart, ale granice były dla nas ważne.
Patrzeć było wolno. Nie udawałyśmy, że nagle przestałyśmy się nawzajem widzieć.
Można było prawić komplementy, śmiać się, rozmawiać i poznawać się nawzajem.
Ale nikomu nie wolno było interpretować cudzej otwartości jako przyzwolenia na wścibskość.
Ten pierwszy mężczyzna w korytarzu w końcu westchnął.
„No dobrze. Skoro zasady dotyczą wszystkich…”
Minutę później pojawił się w kuchni, czerwony niemal po same uszy.
Niespodziewanie moje własne zawstydzenie wróciło.
Choć to było moje mieszkanie i moje zasady, nagle stałam się bardzo świadoma jednego prostego faktu:
On mnie widział.
Całą.
Pojawiło się we mnie to znajome napięcie — instynktowna pierwsza myśl, żeby się zakryć, podczas gdy drugi, sarkastyczny głos pytał:
„Zina, serio? To ty to zorganizowałaś.”
Więc stałam dalej przy stole.
On z niemal heroicznym wysiłkiem patrzył wyłącznie mi w oczy.
Starał się tak bardzo, że w końcu nie wytrzymałam.
„Wyluzuj. Skręcisz sobie kark.”
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
I właśnie wtedy napięcie zniknęło.
Jedliśmy winogrona, zamówiliśmy pizzę i włączyliśmy muzykę.
Potem ktoś zaproponował grę w karty.
Godzinę później nasz nowicjusz siedział na podłodze i z pasją twierdził, że źle liczymy punkty.
Najzabawniejszy moment nastąpił, gdy przyjechał dostawca.
Zadzwonił domofon i pięcioro dorosłych nagle zamilkło.
„Kto odbiera?” — spytała moja przyjaciółka.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
„Dlaczego zawsze ja?”
Musiałam zarzucić szlafrok i zejść na dół po zamówienie.
Dostawca podał mi pudełka i nagle usłyszałam głośny śmiech dobiegający z góry.
Spojrzał na mnie.
Potem popatrzył w stronę okien mieszkania.
„Impreza?”
„Nie masz pojęcia.”
Kiedy wróciłam, wszyscy powitali mnie brawami.
Po tamtym wieczorze mężczyźni stopniowo przestali wydawać się jakimś odrębnym „niebezpiecznym gatunkiem”.
Jeden z nich przyprowadził kolegę, którego już znałyśmy.
Później dołączył kolejny znajomy.
Grupa rosła bardzo powoli i właśnie tak to lubiłam.
A potem, latem, nasza mieszana grupa po raz pierwszy wybrała się razem na opalanie.
I wtedy znów poczułam ten znajomy zastrzyk adrenaliny.
W mieszkaniu ściany dają poczucie ochrony.
Na dworze wszystko jest bardziej intensywne: wiatr, słońce, trawa pod stopami i świadomość, że wokół są mężczyźni i kobiety, którzy równie swobodnie czują się we własnych ciałach.
W pewnym momencie przyłapałam jednego z mężczyzn na tym, że na mnie patrzy.
Natychmiast odwrócił wzrok.
I z jakiegoś powodu to mnie rozbawiło.
Lubię być zauważana.
Nie będę udawać, że jest inaczej.
Mnie też ciekawi patrzenie na ludzi — nie ocenianie ich jak towaru, ale zwyczajne dostrzeganie różnic: ruchu, budowy ciała, wieku, pewności siebie czy nieśmiałości.
Może to było najważniejsze odkrycie, jakie dał mi nasz klub.
Bycie bez ubrań nie eliminuje pociągu.
Po prostu usuwa większość dramatu wokół niego.
Dziś nasze spotkania stały się małą tradycją.
Latem się opalamy.
Zimą chodzimy do sauny.
A czasem po prostu spotykamy się u kogoś w domu.
Zasada korytarza przetrwała.
Niedawno na jedno z naszych spotkań po raz pierwszy przyszła nowa kobieta.
Stała przy drzwiach, przyciskając do siebie sweter, i szepnęła:
„Naprawdę muszę wszystko tu zostawić?”
Od razu rozpoznałam wyraz jej twarzy.
Był dokładnie taki sam jak u naszego pierwszego męskiego gościa.
„Nie musisz się spieszyć” — powiedziałam. „Ale za dziesięć minut pewnie sama się z siebie roześmiejesz, że tak się przejmowałaś.”
Zdecydowała się.
Pół godziny później siedziała z nami w kuchni, jadła pizzę i tak entuzjastycznie opowiadała jakąś historię, że wyglądało to, jakby znała wszystkich od lat.
Kiedy wychodziła, nagle się odwróciła.
„Zina, kiedy następne spotkanie?”
To chyba najlepsza recenzja, jaką kiedykolwiek dostał nasz mały klub.
Stałam się dużo bardziej wyluzowana wobec własnego ciała i ciał innych ludzi.
Podoba mi się, że w wieku 37 lat potrafię spojrzeć na siebie, nie szukając od razu czegoś, co trzeba by poprawić.
I owszem, wciąż lubię czuć na sobie czyjeś zaciekawione spojrzenie.
Różnica polega na tym, że teraz sama decyduję, gdzie leży granica.
Ten pierwszy mężczyzna nadal przychodzi na nasze spotkania, à propos.
Co więcej, teraz to zwykle on wita nowych.
Niedawno usłyszałam jego zupełnie poważny głos dobiegający z korytarza:
„Ubrania zostają tutaj. Nie martw się. Pierwsze pięć minut jest najdziwniejsze.”
Prawie zakrztusiłam się herbatą.
Więc jeśli są gdzieś inni dorośli o podobnych zapatrywaniach, którzy lubią takie luźne, pogodne towarzystwo, zawsze chętnie poznam nowych ludzi.
Tylko pamiętajcie o jednym:
Nikt nie zamierza znosić zasady korytarza.
Mężczyzna, którego moja przyjaciółka po raz pierwszy przyprowadziła do mojego domu, znieruchomiał w korytarzu z butelką wody mineralnej w jednej ręce i torebką winogron w drugiej.
Wskazałam na wieszak i odpowiedziałam zupełnie spokojnie:
„Właśnie tutaj. Taka jest u nas zasada.”
Nazywam się Zina, mam 37 lat, a jakiś rok temu razem z przyjaciółką stworzyłyśmy mały, prywatny klub dla ludzi, którzy lubią spędzać czas bez ubrań.
Wszystko zaczęło się wyłącznie od kobiet: wspólne opalanie, wyjścia do sauny i luźne spotkania w domu.
Ale w końcu pojawiło się pytanie.
Dlaczego uznałyśmy, że mężczyźni automatycznie wszystko zepsują?
I oto przed nami stał nasz pierwszy „kandydat”.
Byłam już rozebrana, ale nagle złapałam się na tym, że denerwuję się bardziej niż on.
Czym innym było przebywanie w znajomym gronie kobiet. A czym zupełnie innym — świadome stanie zupełnie nago przed niemal obcym mężczyzną i czekanie, aż zrobi dokładnie to samo.
Spojrzał na mnie.
Potem na moją przyjaciółkę.
Potem znów na mnie.
„Poważnie?”
I właśnie wtedy zrobiłam się naprawdę ciekawa: odwróci się i wyjdzie, czy jednak zostanie?
Nasz klub powstał niemal przez przypadek.
Pewnego wieczoru wracałyśmy z przyjaciółką z sauny i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, jak absurdalne jest to, że przez dwie godziny potrafimy czuć się zupełnie swobodnie bez ubrań w towarzystwie innych, żeby potem pospiesznie owinąć się ręcznikami, jakby właśnie wydarzyło się coś zakazanego.
„Potrzebujemy własnego klubu” — powiedziała.
Roześmiałam się.
Dwa tygodnie później było nas cztery.
Na początku spotykałyśmy się latem. Wybierałyśmy ciche miejsca, przynosiłyśmy owoce, wodę, książki, koce i spędzałyśmy dzień na opalaniu.
Potem przyszła jesień i przeniosłyśmy nasze spotkania do sauny.
Zimą narodziły się spotkania domowe.
Zasadę wymyśliłam sama:
Ubrania zostają w korytarzu.
Brzmi to o wiele straszniej, niż jest w rzeczywistości.
Najzabawniejsze są zawsze pierwsze trzydzieści sekund.
Człowiek zdejmuje buty, ściąga ubranie i nagle zupełnie nie wie, co zrobić z rękami.
Potem wchodzi do kuchni, ktoś pyta: „Herbata czy kawa?” i mózg niespodziewanie przełącza się na inny tryb.
Dziesięć minut później wszyscy kłócą się o filmy.
To właśnie ten efekt uwielbiałam.
Na początku jesteś intensywnie świadoma własnego ciała. Czujesz powietrze na skórze. Policzki ci płoną. Wyobrażasz sobie, że wszyscy wokół zauważają każdy najdrobniejszy szczegół.
A potem nagle uświadamiasz sobie, że otaczają cię po prostu zwyczajni ludzie.
Jedni są szczupli. Inni bardziej miękcy. Jedni wysportowani. Niektórzy mają blizny, pieprzyki, nierówną opaleniznę czy inne zupełnie normalne cechy.
Właśnie dlatego pomysł zaproszenia mężczyzn jednocześnie nas ciekawił i niepokoił.
Co do jednego zgodziłyśmy się od razu: żadnych przypadkowych obcych.
Tylko osoby, które ktoś z naszej grupy naprawdę znał.
I ze śmiechem wymyśliłyśmy drugi warunek: mężczyzna musiał przetrwać pierwszy wieczór, nie zamieniając widoku kobiecego ciała w scenę z taniej komedii.
To był oczywiście żart, ale granice były dla nas ważne.
Patrzeć było wolno. Nie udawałyśmy, że nagle przestałyśmy się nawzajem widzieć.
Można było prawić komplementy, śmiać się, rozmawiać i poznawać się nawzajem.
Ale nikomu nie wolno było interpretować cudzej otwartości jako przyzwolenia na wścibskość.
Ten pierwszy mężczyzna w korytarzu w końcu westchnął.
„No dobrze. Skoro zasady dotyczą wszystkich…”
Minutę później pojawił się w kuchni, czerwony niemal po same uszy.
Niespodziewanie moje własne zawstydzenie wróciło.
Choć to było moje mieszkanie i moje zasady, nagle stałam się bardzo świadoma jednego prostego faktu:
On mnie widział.
Całą.
Pojawiło się we mnie to znajome napięcie — instynktowna pierwsza myśl, żeby się zakryć, podczas gdy drugi, sarkastyczny głos pytał:
„Zina, serio? To ty to zorganizowałaś.”
Więc stałam dalej przy stole.
On z niemal heroicznym wysiłkiem patrzył wyłącznie mi w oczy.
Starał się tak bardzo, że w końcu nie wytrzymałam.
„Wyluzuj. Skręcisz sobie kark.”
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
I właśnie wtedy napięcie zniknęło.
Jedliśmy winogrona, zamówiliśmy pizzę i włączyliśmy muzykę.
Potem ktoś zaproponował grę w karty.
Godzinę później nasz nowicjusz siedział na podłodze i z pasją twierdził, że źle liczymy punkty.
Najzabawniejszy moment nastąpił, gdy przyjechał dostawca.
Zadzwonił domofon i pięcioro dorosłych nagle zamilkło.
„Kto odbiera?” — spytała moja przyjaciółka.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
„Dlaczego zawsze ja?”
Musiałam zarzucić szlafrok i zejść na dół po zamówienie.
Dostawca podał mi pudełka i nagle usłyszałam głośny śmiech dobiegający z góry.
Spojrzał na mnie.
Potem popatrzył w stronę okien mieszkania.
„Impreza?”
„Nie masz pojęcia.”
Kiedy wróciłam, wszyscy powitali mnie brawami.
Po tamtym wieczorze mężczyźni stopniowo przestali wydawać się jakimś odrębnym „niebezpiecznym gatunkiem”.
Jeden z nich przyprowadził kolegę, którego już znałyśmy.
Później dołączył kolejny znajomy.
Grupa rosła bardzo powoli i właśnie tak to lubiłam.
A potem, latem, nasza mieszana grupa po raz pierwszy wybrała się razem na opalanie.
I wtedy znów poczułam ten znajomy zastrzyk adrenaliny.
W mieszkaniu ściany dają poczucie ochrony.
Na dworze wszystko jest bardziej intensywne: wiatr, słońce, trawa pod stopami i świadomość, że wokół są mężczyźni i kobiety, którzy równie swobodnie czują się we własnych ciałach.
W pewnym momencie przyłapałam jednego z mężczyzn na tym, że na mnie patrzy.
Natychmiast odwrócił wzrok.
I z jakiegoś powodu to mnie rozbawiło.
Lubię być zauważana.
Nie będę udawać, że jest inaczej.
Mnie też ciekawi patrzenie na ludzi — nie ocenianie ich jak towaru, ale zwyczajne dostrzeganie różnic: ruchu, budowy ciała, wieku, pewności siebie czy nieśmiałości.
Może to było najważniejsze odkrycie, jakie dał mi nasz klub.
Bycie bez ubrań nie eliminuje pociągu.
Po prostu usuwa większość dramatu wokół niego.
Dziś nasze spotkania stały się małą tradycją.
Latem się opalamy.
Zimą chodzimy do sauny.
A czasem po prostu spotykamy się u kogoś w domu.
Zasada korytarza przetrwała.
Niedawno na jedno z naszych spotkań po raz pierwszy przyszła nowa kobieta.
Stała przy drzwiach, przyciskając do siebie sweter, i szepnęła:
„Naprawdę muszę wszystko tu zostawić?”
Od razu rozpoznałam wyraz jej twarzy.
Był dokładnie taki sam jak u naszego pierwszego męskiego gościa.
„Nie musisz się spieszyć” — powiedziałam. „Ale za dziesięć minut pewnie sama się z siebie roześmiejesz, że tak się przejmowałaś.”
Zdecydowała się.
Pół godziny później siedziała z nami w kuchni, jadła pizzę i tak entuzjastycznie opowiadała jakąś historię, że wyglądało to, jakby znała wszystkich od lat.
Kiedy wychodziła, nagle się odwróciła.
„Zina, kiedy następne spotkanie?”
To chyba najlepsza recenzja, jaką kiedykolwiek dostał nasz mały klub.
Stałam się dużo bardziej wyluzowana wobec własnego ciała i ciał innych ludzi.
Podoba mi się, że w wieku 37 lat potrafię spojrzeć na siebie, nie szukając od razu czegoś, co trzeba by poprawić.
I owszem, wciąż lubię czuć na sobie czyjeś zaciekawione spojrzenie.
Różnica polega na tym, że teraz sama decyduję, gdzie leży granica.
Ten pierwszy mężczyzna nadal przychodzi na nasze spotkania, à propos.
Co więcej, teraz to zwykle on wita nowych.
Niedawno usłyszałam jego zupełnie poważny głos dobiegający z korytarza:
„Ubrania zostają tutaj. Nie martw się. Pierwsze pięć minut jest najdziwniejsze.”
Prawie zakrztusiłam się herbatą.
Więc jeśli są gdzieś inni dorośli o podobnych zapatrywaniach, którzy lubią takie luźne, pogodne towarzystwo, zawsze chętnie poznam nowych ludzi.
Tylko pamiętajcie o jednym:
Nikt nie zamierza znosić zasady korytarza.
Obejrzyj podgląd wideo RudeFly
Przeczytałeś część historii. Teraz zobacz, czym naprawdę jest RudeFly.
▶ OBEJRZYJ DARMOWY PODGLĄD
Rejestracja nie jest wymagana
Chcesz czytać dalej?
Utwórz darmowe konto →