Veronika: Veronika, cicha dziewczyna z Kijowa, zabiera swoją sceptyczną koleżankę na plażę naturystów w Hydroparku — i to, co zaczyna się jako dowód, zmienia się w zabawną, intymną opowieść o zaufaniu, odwadze, zdjęciach i wolności ciała.
Mam na imię Veronika. Jestem z Kijowa i szczerze mówiąc, zawsze uchodziłam za „normalną, skromną dziewczynę”. Znacie ten typ: uprzejma, spokojna, żadnych szalonych niespodzianek, żadnych historii, po których koleżanka wpatruje się w ciebie i pyta: „Mówisz poważnie?”.
Właśnie dlatego moja pierwsza wizyta na plaży naturystów w Hydroparku stała się dla mnie tak silnym przeżyciem.
Od dawna wiedziałam, że jest tam miejsce, gdzie ludzie opalają się bez kostiumów. Czasem coś o tym czytałam, czasem natrafiałam na dyskusje w sieci, ale zawsze wydawało mi się to czymś z cudzego życia. To byli bardzo wolni ludzie, bardzo pewni siebie, bardzo spokojni. A ja? Ledwie potrafiłam wyobrazić sobie, że tam idę, bo pewnie zmieniłabym zdanie, zanim jeszcze dotarłabym do mostu.
Ale zeszłego lata w końcu się odważyłam.
Poszłam sama.
Już samo to było przerażające. Szłam wzdłuż plaży z torbą, ręcznikiem i miną kogoś, kto po prostu szuka miejsca, choć w środku wszystko we mnie łomotało: „Naprawdę zamierzasz to zrobić?”. Wokół byli ludzie — mężczyźni, kobiety, pary. Ktoś czytał, ktoś pływał, ktoś spokojnie leżał w słońcu. Wielu było całkiem nago.
I najdziwniejsze było to, że nikt nie zachowywał się dziwnie.
To nawet trochę mnie zbiło z tropu. Spodziewałam się wszystkiego: skrępowania, natrętnych spojrzeń, poczucia zagrożenia. A to było po prostu zwyczajne plażowe życie. Tyle że bez kostiumów.
Rozłożyłam ręcznik, usiadłam na kilka minut, a potem zdjęłam sukienkę. Potem kostium. Szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić. Serce waliło mi tak, jakbym popełniała przestępstwo, choć przecież tylko położyłam się nago na ręczniku.
Przez pierwsze kilka minut czułam się niesamowicie odsłonięta. Wydawało mi się, że wszyscy patrzą właśnie na mnie. Potem zrozumiałam: tak, ludzie czasem patrzyli. Ale spokojnie. Bez podchodzenia. Bez agresji. Bez tego nieprzyjemnego uczucia bycia rozbieraną cudzym wzrokiem wbrew własnej woli. Tutaj byłam już rozebrana — i jakoś to ułatwiało sprawę.
Leżałam w słońcu i czułam, jak wstyd powoli mnie opuszcza.
Nie od razu. Na początku był ostry, gorący, prawie bolesny. Potem złagodniał. A potem zamienił się w niezwykłą przyjemność: ludzie mogą mnie widzieć, ja się nie chowam i nic złego się nie dzieje.
Potem wybrałam się tam jeszcze kilka razy. Zawsze sama. To stał się mój mały, sekretny rytuał: przyjść, rozebrać się, poleżeć w słońcu, popływać bez kostiumu, poczuć wodę na całej skórze, a potem wrócić do domu jako zwykła Veronika, której nikt nigdy nie podejrzewałby o takie przygody.
Aż pewnego wieczoru opowiedziałam o tym koleżance.
Najpierw milczała. Potem się roześmiała.
„Ty? Na plaży nudystów? Veronika, nie kłam”.
Powiedziałam jej, że nie kłamię.
Zmrużyła oczy.
„Masz zdjęcia?”.
Oczywiście nie miałam żadnych zdjęć. Chodziłam tam sama i nie myślałam o robieniu fotek. Poza tym bałam się wyciągać telefon, żeby ktoś nie pomyślał, że fotografuję innych. Nie miałam więc żadnego dowodu.
Koleżanka poczuła się niemal teatralnie urażona.
„Dobrze. Jutro idziemy razem. Zobaczę na własne oczy. I zrobię ci zdjęcia, skoro jesteś taką dzielną naturystką”.
Roześmiałam się, ale w środku od razu się zdenerwowałam. Co innego iść samej, gdzie nikt mnie nie zna. A co innego zabrać koleżankę, która zna mnie aż za dobrze.
Następnego dnia poszłyśmy.
Przez całą drogę żartowała, że się przestraszę i powiem: „Ups, nie ta plaża”. Ale kiedy dotarłyśmy na miejsce, sama przestała żartować.
Zamarła i szepnęła:
„Ojej”.
Naprawdę było tam mnóstwo ludzi. I tak, wielu mężczyzn. I tak, większość bez ubrań. Koleżanka patrzyła na wszystko z miną kogoś, kto przez przypadek otworzył niewłaściwe drzwi.
„Przyszłaś tu sama?” — zapytała.
„No pewnie”.
„I rozebrałaś się?”.
„No pewnie”.
Odwróciła się w moją stronę tak powoli, jakby widziała mnie po raz pierwszy.
Rozłożyłam ręcznik i postanowiłam nie przeciągać. Gdybym zaczęła myśleć, na pewno straciłabym odwagę. Zdjęłam więc sukienkę, potem kostium — i stanęłam nago przed koleżanką i całą plażą.
Jej oczy zrobiły się ogromne.
Przez pięć minut siedziała w milczeniu. Dosłownie pięć minut. Aż zaczęłam się śmiać.
„Mrugaj czasem, bo ci oczy wyschną”.
„Ja po prostu…” — pokręciła głową. „Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś”.
„Trochę za późno, żeby nie wierzyć”.
Zasłoniła twarz dłonią i roześmiała się. Ale widziałam: to nie było dla niej tylko śmieszne. Była ciekawa. Bardzo ciekawa.
Zaczęłyśmy sesję zdjęciową, tak jak było w planie. Na początku było niezręcznie. Nie wiedziałam, gdzie podziać ręce, jak się położyć, jak nie wyglądać zbyt „pozowanie”. Koleżanka mnie kierowała:
„Odwróć się trochę w bok. Nie, nie jak do dowodu. Rozluźnij ramiona. Włosy do tyłu. O, tak. Ooo, pięknie”.
Oczywiście ludzie wokół zauważyli, że robimy zdjęcia. Nikt nie podszedł, nie przeszkadzał ani nie powiedział niczego nieprzyjemnego. Ale poczucie uwagi było. Czułam je na skórze. Ktoś przechodził obok trochę wolniej. Ktoś się uśmiechał. Ktoś udawał, że patrzy na wodę.
Zabawna chwila zdarzyła się, gdy pewien mężczyzna obok próbował bardzo inteligentnie czytać gazetę. Siedział w okularach, z najpoważniejszą miną, jaką można sobie wyobrazić, ale za każdym razem, gdy koleżanka mówiła „Jeszcze jedno ujęcie”, jego gazeta powoli opadała coraz niżej. W pewnym momencie zorientował się, że zauważyłyśmy, szybko podniósł ją z powrotem — do góry nogami.
Koleżanka prychnęła śmiechem.
Ja też zaczęłam się śmiać.
Spojrzał na gazetę, zrozumiał, że trzyma ją odwrotnie, zaczerwienił się i powiedział:
„Panie, to po prostu bardzo skomplikowany artykuł”.
Potem śmiałyśmy się tak bardzo, że całe skrępowanie zniknęło.
I właśnie wtedy powiedziałam koleżance:
„Teraz twoja kolej”.
Od razu pokręciła głową.
„Nie. Nawet nie zaczynaj”.
„No jasne. Przyszłaś tu przecież »tylko popatrzeć«”.
„Ja to nie ty”.
„No właśnie. Dlatego akurat ty powinnaś spróbować”.
Próbowała się kłócić, ale widziałam jej oczy. Już błyszczały tą ciekawością, której naprawdę nie da się ukryć. W środku walczyły strach i pragnienie. Bardzo znajoma mieszanka.
„Tylko jeśli będę leżeć na brzuchu” — powiedziała w końcu. „I tylko przez chwilę. I żadnych głupot”.
„Oczywiście” — odparłam najpoważniej, jak potrafiłam.
Minutę później siedziała na ręczniku, czerwona jak burak, próbując zachowywać się tak, jakby to wszystko było eksperymentem naukowym. Potem zdjęła kostium i szybko położyła się na brzuchu.
Widziałam, jak zaciska powieki, jakby czekała na wybuch.
Ale wybuchu nie było.
Było słońce. Plaża. Woda. Ludzie wokół, którzy — szczerze mówiąc — obchodzili ją znacznie mniej, niż jej się wydawało.
Nasmarowałam jej plecy kremem z filtrem. Najpierw drgnęła, potem się rozluźniła.
„I jak?” — zapytałam.
„Strasznie” — powiedziała. Potem, po chwili, dodała: „Ale fajnie”.
Uśmiechnęłam się.
„No widzisz?”.
Potem powiedziałam jej coś, o czym myślałam od dawna:
„A tak w ogóle, z takim ciałem jak twoje właściwie masz zakaz ciągłego chowania się w kostiumie”.
Odwróciła głowę.
„To był komplement czy nacisk?”.
„Komplement. Z lekkim efektem edukacyjnym”.
Roześmiała się.
Zawsze trochę zazdrościłam jej figury, zwłaszcza tego, jak pięknie wyglądała od tyłu. Nie ze złej zazdrości, ale w ten typowo kobiecy sposób: „Dlaczego to ona ma wyglądać tak idealnie?”. I powiedziałam jej to szczerze. Nie wulgarnie, nie jako porównanie, po prostu jako fakt.
Czasem właściwy komplement działa lepiej niż każdy argument.
Nagle przestała się kłócić. Najpierw pozwoliła na jedno zdjęcie. Potem na kolejne. A potem sama powiedziała:
„Tylko nie od dołu. I żeby wyszło ładnie”.
I tak osoba, która dziesięć minut wcześniej przysięgała „tylko leżeć i się nie ruszać”, zaczęła sama reżyserować własną sesję zdjęciową.
Robiłyśmy zdjęcia ostrożnie, z szacunkiem, tylko dla siebie. Żadnych innych ludzi w kadrze, żadnego zbędnego obnażania. Ale i tak było bardzo emocjonująco. Nie dlatego, że robiłyśmy coś złego. Ale dlatego, że po raz pierwszy pozwoliłyśmy sobie być tak otwarte i żywe.
Obie miałyśmy to uczucie — mieszankę zawstydzenia, śmiechu, gorąca, wolności i niesamowitego zaufania. Jakbyśmy podzieliły się sekretem, którego nie da się już odzobaczyć. Sekretem nie o „nagich zdjęciach”, ale o tym, że ciało może być źródłem radości, a nie ciągłej kontroli.
Później, gdy siedziałyśmy na ręczniku i przeglądałyśmy zdjęcia, koleżanka powiedziała cicho:
„Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ja”.
Odpowiedziałam:
„Za pierwszym razem myślałam dokładnie to samo”.
Spojrzała na plażę, na ludzi, na wodę i nagle powiedziała:
„Słuchaj… naprawdę pływanie bez kostiumu jest aż tak dobre?”.
Uśmiechnęłam się.
„Zaraz się przekonasz”.
Weszłyśmy do wody razem. Najpierw szła szybko, prawie biegła. Potem zanurzyła się po pas i roześmiała. Prawdziwym śmiechem — nie z zażenowania, ale z ulgi.
I zrozumiałam, że o to właśnie chodziło.
Nie o spojrzenia. Choć tak, były spojrzenia.
Nie o zdjęcia. Choć teraz je miałyśmy.
Nie o dowód. Choć teraz na pewno mi wierzyła.
Ale o tę chwilę, gdy człowiek przestaje bać się własnego ciała.
Teraz obie mamy ten dzień w telefonach. Kilka zdjęć, których nie pokazujemy przypadkowym ludziom. Nasz mały sekret z Hydroparku: zabawny, odważny, trochę szalony i bardzo ciepły.
Nie wiem, czy staniemy się teraz stałymi bywalczyniami plaży naturystów. Może tak. Może będziemy wpadać od czasu do czasu. Ale wiem na pewno, że po tamtym dniu pojawiło się między nami coś nowego. Więcej zaufania. Więcej szczerości. Więcej wolności.
Dla mnie naturyzm nie jest o rozpuście ani o chęci szokowania kogokolwiek. Jest o prawie do bycia ciałem, a nie tylko obrazkiem. O możliwości leżenia w słońcu bez materiału, pływania bez niczego zbędnego, śmiania się z własnej niezręczności i nagłego zrozumienia: nie musisz się ciągle zasłaniać, żeby zasłużyć na szacunek.
Chętnie poznałabym otwartych, pełnych szacunku ludzi, którzy również rozumieją to uczucie. Ludzi, dla których nagość nie jest powodem do chamstwa, lecz sposobem, by stać się prostszym, bardziej szczerym i bliższym sobie.
A zdjęcia?
Niech zostaną.
Czasem bardzo miło jest mieć dowód, że kiedyś byłaś odważniejsza, niż ci się wydawało.
Właśnie dlatego moja pierwsza wizyta na plaży naturystów w Hydroparku stała się dla mnie tak silnym przeżyciem.
Od dawna wiedziałam, że jest tam miejsce, gdzie ludzie opalają się bez kostiumów. Czasem coś o tym czytałam, czasem natrafiałam na dyskusje w sieci, ale zawsze wydawało mi się to czymś z cudzego życia. To byli bardzo wolni ludzie, bardzo pewni siebie, bardzo spokojni. A ja? Ledwie potrafiłam wyobrazić sobie, że tam idę, bo pewnie zmieniłabym zdanie, zanim jeszcze dotarłabym do mostu.
Ale zeszłego lata w końcu się odważyłam.
Poszłam sama.
Już samo to było przerażające. Szłam wzdłuż plaży z torbą, ręcznikiem i miną kogoś, kto po prostu szuka miejsca, choć w środku wszystko we mnie łomotało: „Naprawdę zamierzasz to zrobić?”. Wokół byli ludzie — mężczyźni, kobiety, pary. Ktoś czytał, ktoś pływał, ktoś spokojnie leżał w słońcu. Wielu było całkiem nago.
I najdziwniejsze było to, że nikt nie zachowywał się dziwnie.
To nawet trochę mnie zbiło z tropu. Spodziewałam się wszystkiego: skrępowania, natrętnych spojrzeń, poczucia zagrożenia. A to było po prostu zwyczajne plażowe życie. Tyle że bez kostiumów.
Rozłożyłam ręcznik, usiadłam na kilka minut, a potem zdjęłam sukienkę. Potem kostium. Szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić. Serce waliło mi tak, jakbym popełniała przestępstwo, choć przecież tylko położyłam się nago na ręczniku.
Przez pierwsze kilka minut czułam się niesamowicie odsłonięta. Wydawało mi się, że wszyscy patrzą właśnie na mnie. Potem zrozumiałam: tak, ludzie czasem patrzyli. Ale spokojnie. Bez podchodzenia. Bez agresji. Bez tego nieprzyjemnego uczucia bycia rozbieraną cudzym wzrokiem wbrew własnej woli. Tutaj byłam już rozebrana — i jakoś to ułatwiało sprawę.
Leżałam w słońcu i czułam, jak wstyd powoli mnie opuszcza.
Nie od razu. Na początku był ostry, gorący, prawie bolesny. Potem złagodniał. A potem zamienił się w niezwykłą przyjemność: ludzie mogą mnie widzieć, ja się nie chowam i nic złego się nie dzieje.
Potem wybrałam się tam jeszcze kilka razy. Zawsze sama. To stał się mój mały, sekretny rytuał: przyjść, rozebrać się, poleżeć w słońcu, popływać bez kostiumu, poczuć wodę na całej skórze, a potem wrócić do domu jako zwykła Veronika, której nikt nigdy nie podejrzewałby o takie przygody.
Aż pewnego wieczoru opowiedziałam o tym koleżance.
Najpierw milczała. Potem się roześmiała.
„Ty? Na plaży nudystów? Veronika, nie kłam”.
Powiedziałam jej, że nie kłamię.
Zmrużyła oczy.
„Masz zdjęcia?”.
Oczywiście nie miałam żadnych zdjęć. Chodziłam tam sama i nie myślałam o robieniu fotek. Poza tym bałam się wyciągać telefon, żeby ktoś nie pomyślał, że fotografuję innych. Nie miałam więc żadnego dowodu.
Koleżanka poczuła się niemal teatralnie urażona.
„Dobrze. Jutro idziemy razem. Zobaczę na własne oczy. I zrobię ci zdjęcia, skoro jesteś taką dzielną naturystką”.
Roześmiałam się, ale w środku od razu się zdenerwowałam. Co innego iść samej, gdzie nikt mnie nie zna. A co innego zabrać koleżankę, która zna mnie aż za dobrze.
Następnego dnia poszłyśmy.
Przez całą drogę żartowała, że się przestraszę i powiem: „Ups, nie ta plaża”. Ale kiedy dotarłyśmy na miejsce, sama przestała żartować.
Zamarła i szepnęła:
„Ojej”.
Naprawdę było tam mnóstwo ludzi. I tak, wielu mężczyzn. I tak, większość bez ubrań. Koleżanka patrzyła na wszystko z miną kogoś, kto przez przypadek otworzył niewłaściwe drzwi.
„Przyszłaś tu sama?” — zapytała.
„No pewnie”.
„I rozebrałaś się?”.
„No pewnie”.
Odwróciła się w moją stronę tak powoli, jakby widziała mnie po raz pierwszy.
Rozłożyłam ręcznik i postanowiłam nie przeciągać. Gdybym zaczęła myśleć, na pewno straciłabym odwagę. Zdjęłam więc sukienkę, potem kostium — i stanęłam nago przed koleżanką i całą plażą.
Jej oczy zrobiły się ogromne.
Przez pięć minut siedziała w milczeniu. Dosłownie pięć minut. Aż zaczęłam się śmiać.
„Mrugaj czasem, bo ci oczy wyschną”.
„Ja po prostu…” — pokręciła głową. „Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś”.
„Trochę za późno, żeby nie wierzyć”.
Zasłoniła twarz dłonią i roześmiała się. Ale widziałam: to nie było dla niej tylko śmieszne. Była ciekawa. Bardzo ciekawa.
Zaczęłyśmy sesję zdjęciową, tak jak było w planie. Na początku było niezręcznie. Nie wiedziałam, gdzie podziać ręce, jak się położyć, jak nie wyglądać zbyt „pozowanie”. Koleżanka mnie kierowała:
„Odwróć się trochę w bok. Nie, nie jak do dowodu. Rozluźnij ramiona. Włosy do tyłu. O, tak. Ooo, pięknie”.
Oczywiście ludzie wokół zauważyli, że robimy zdjęcia. Nikt nie podszedł, nie przeszkadzał ani nie powiedział niczego nieprzyjemnego. Ale poczucie uwagi było. Czułam je na skórze. Ktoś przechodził obok trochę wolniej. Ktoś się uśmiechał. Ktoś udawał, że patrzy na wodę.
Zabawna chwila zdarzyła się, gdy pewien mężczyzna obok próbował bardzo inteligentnie czytać gazetę. Siedział w okularach, z najpoważniejszą miną, jaką można sobie wyobrazić, ale za każdym razem, gdy koleżanka mówiła „Jeszcze jedno ujęcie”, jego gazeta powoli opadała coraz niżej. W pewnym momencie zorientował się, że zauważyłyśmy, szybko podniósł ją z powrotem — do góry nogami.
Koleżanka prychnęła śmiechem.
Ja też zaczęłam się śmiać.
Spojrzał na gazetę, zrozumiał, że trzyma ją odwrotnie, zaczerwienił się i powiedział:
„Panie, to po prostu bardzo skomplikowany artykuł”.
Potem śmiałyśmy się tak bardzo, że całe skrępowanie zniknęło.
I właśnie wtedy powiedziałam koleżance:
„Teraz twoja kolej”.
Od razu pokręciła głową.
„Nie. Nawet nie zaczynaj”.
„No jasne. Przyszłaś tu przecież »tylko popatrzeć«”.
„Ja to nie ty”.
„No właśnie. Dlatego akurat ty powinnaś spróbować”.
Próbowała się kłócić, ale widziałam jej oczy. Już błyszczały tą ciekawością, której naprawdę nie da się ukryć. W środku walczyły strach i pragnienie. Bardzo znajoma mieszanka.
„Tylko jeśli będę leżeć na brzuchu” — powiedziała w końcu. „I tylko przez chwilę. I żadnych głupot”.
„Oczywiście” — odparłam najpoważniej, jak potrafiłam.
Minutę później siedziała na ręczniku, czerwona jak burak, próbując zachowywać się tak, jakby to wszystko było eksperymentem naukowym. Potem zdjęła kostium i szybko położyła się na brzuchu.
Widziałam, jak zaciska powieki, jakby czekała na wybuch.
Ale wybuchu nie było.
Było słońce. Plaża. Woda. Ludzie wokół, którzy — szczerze mówiąc — obchodzili ją znacznie mniej, niż jej się wydawało.
Nasmarowałam jej plecy kremem z filtrem. Najpierw drgnęła, potem się rozluźniła.
„I jak?” — zapytałam.
„Strasznie” — powiedziała. Potem, po chwili, dodała: „Ale fajnie”.
Uśmiechnęłam się.
„No widzisz?”.
Potem powiedziałam jej coś, o czym myślałam od dawna:
„A tak w ogóle, z takim ciałem jak twoje właściwie masz zakaz ciągłego chowania się w kostiumie”.
Odwróciła głowę.
„To był komplement czy nacisk?”.
„Komplement. Z lekkim efektem edukacyjnym”.
Roześmiała się.
Zawsze trochę zazdrościłam jej figury, zwłaszcza tego, jak pięknie wyglądała od tyłu. Nie ze złej zazdrości, ale w ten typowo kobiecy sposób: „Dlaczego to ona ma wyglądać tak idealnie?”. I powiedziałam jej to szczerze. Nie wulgarnie, nie jako porównanie, po prostu jako fakt.
Czasem właściwy komplement działa lepiej niż każdy argument.
Nagle przestała się kłócić. Najpierw pozwoliła na jedno zdjęcie. Potem na kolejne. A potem sama powiedziała:
„Tylko nie od dołu. I żeby wyszło ładnie”.
I tak osoba, która dziesięć minut wcześniej przysięgała „tylko leżeć i się nie ruszać”, zaczęła sama reżyserować własną sesję zdjęciową.
Robiłyśmy zdjęcia ostrożnie, z szacunkiem, tylko dla siebie. Żadnych innych ludzi w kadrze, żadnego zbędnego obnażania. Ale i tak było bardzo emocjonująco. Nie dlatego, że robiłyśmy coś złego. Ale dlatego, że po raz pierwszy pozwoliłyśmy sobie być tak otwarte i żywe.
Obie miałyśmy to uczucie — mieszankę zawstydzenia, śmiechu, gorąca, wolności i niesamowitego zaufania. Jakbyśmy podzieliły się sekretem, którego nie da się już odzobaczyć. Sekretem nie o „nagich zdjęciach”, ale o tym, że ciało może być źródłem radości, a nie ciągłej kontroli.
Później, gdy siedziałyśmy na ręczniku i przeglądałyśmy zdjęcia, koleżanka powiedziała cicho:
„Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ja”.
Odpowiedziałam:
„Za pierwszym razem myślałam dokładnie to samo”.
Spojrzała na plażę, na ludzi, na wodę i nagle powiedziała:
„Słuchaj… naprawdę pływanie bez kostiumu jest aż tak dobre?”.
Uśmiechnęłam się.
„Zaraz się przekonasz”.
Weszłyśmy do wody razem. Najpierw szła szybko, prawie biegła. Potem zanurzyła się po pas i roześmiała. Prawdziwym śmiechem — nie z zażenowania, ale z ulgi.
I zrozumiałam, że o to właśnie chodziło.
Nie o spojrzenia. Choć tak, były spojrzenia.
Nie o zdjęcia. Choć teraz je miałyśmy.
Nie o dowód. Choć teraz na pewno mi wierzyła.
Ale o tę chwilę, gdy człowiek przestaje bać się własnego ciała.
Teraz obie mamy ten dzień w telefonach. Kilka zdjęć, których nie pokazujemy przypadkowym ludziom. Nasz mały sekret z Hydroparku: zabawny, odważny, trochę szalony i bardzo ciepły.
Nie wiem, czy staniemy się teraz stałymi bywalczyniami plaży naturystów. Może tak. Może będziemy wpadać od czasu do czasu. Ale wiem na pewno, że po tamtym dniu pojawiło się między nami coś nowego. Więcej zaufania. Więcej szczerości. Więcej wolności.
Dla mnie naturyzm nie jest o rozpuście ani o chęci szokowania kogokolwiek. Jest o prawie do bycia ciałem, a nie tylko obrazkiem. O możliwości leżenia w słońcu bez materiału, pływania bez niczego zbędnego, śmiania się z własnej niezręczności i nagłego zrozumienia: nie musisz się ciągle zasłaniać, żeby zasłużyć na szacunek.
Chętnie poznałabym otwartych, pełnych szacunku ludzi, którzy również rozumieją to uczucie. Ludzi, dla których nagość nie jest powodem do chamstwa, lecz sposobem, by stać się prostszym, bardziej szczerym i bliższym sobie.
A zdjęcia?
Niech zostaną.
Czasem bardzo miło jest mieć dowód, że kiedyś byłaś odważniejsza, niż ci się wydawało.
Obejrzyj podgląd wideo RudeFly
Przeczytałeś część historii. Teraz zobacz, czym naprawdę jest RudeFly.
▶ OBEJRZYJ DARMOWY PODGLĄD
Rejestracja nie jest wymagana
Chcesz czytać dalej?
Utwórz darmowe konto →